Refleksja ubraniowa
Przyznaję, że jakaś szczególnie wybredna ubraniowo nie jestem. Szczególnie w rzeczach z góry przewidzianych na sezon. Niektóre okazały się bardzo trwałe i mają parę lat, a wygląd też dobry:-)
Ale dziś zobaczyłam masę ubrań wyglądających na po prostu zużyte.. jakieś niedorobione, krzywe, no nie wiem. Nie znam się za bardzo, ale strach takie coś wrzucić do pralki, bo można potem nie znaleźć.
Potem przyszła refleksja, że to widać taka moda i ma to zbyt, bo inaczej w sklepie by tego nie było. A ja mam nieodpowiednią ilość lat i nie rozumiem nowych trendów:-)
Chciałam sobie nastrój poprawić jakimś ciuchowym zakupem, już byłam pewna, że nic w oko mi nie wpadnie. A tu na dziale młodzieżowym:-) zauważyłam pewne spodnie..., cena 9 euro.
Wcześniej trzy dychy, za 9 mogłam więc rzucić okiem. Moja pierwsza myśl: niepoważna jestem. Drugiej myśli nie było, bo już byłam w drodze do kasy.
I tak nabyłam tzw rurki w zwierzęcy wzór.
W domu przymiarka - trafione, chyba ostatni raz takiego typu spodnie nosiłam z 13 lat temu, a zwierzęcy motyw nigdy się wcześniej w mojej szafie nie pojawił..
Zamierzam je czasem zakładać i to nie do chodzenia po domu.
Żal mi czasem, że jako nastolatka nie miałam pewnych możliwości ubraniowych.
Było donaszanie, pewien koszmarny zimowy płaszczyk, który rósł razem ze mną. Chciałam mieć kurtkę, jak inne dzieci. Spodnie nie do zdarcia, co z tego, że ciepłe, chciałam sztruksy albo dżinsy jak inne dzieci... Chęć na oryginalność mnie naszła gdy miałam jakieś 17 lat. A jak dziś pomyślę o tej mojej oryginalności, to śmiech mnie ogarnia. Była to spora skrajność i niewiele było w tym jakiejś estetyki. Takie tam kombinowanie z tego co mi dostarczono, bo własne zakupy przyszły dość późno.
Był etap ubrań z paczek, tam trafiały się perełki. Był etap koszul flanelowych i spodni gum, potem koszul męskich i sukienek z indyjskiego sklepu, do tego swetry w które zmieściłyby się i dwie osoby:-)
Obecnie mam wszystko i nic. Przede wszystkim myślę, że nie mam żadnego własnego stylu. Mam ubrania z wojskowego sklepu, ale też i różowe koszule i kwieciste spódniczki.
A najgorsze, że od jakiegoś czasu mam (aż) dwie piżamy. Takie z miękkiej flaneli i sama je sobie kupiłam:-(.
Calla
Właśnie sprawdziłam na Amazonie ile mają płyt zespołu Calla.
Trzy. I każda jest niby ostatnia sztuką, a ceny wcale nie okazyjne.
Na razie słucham to co mam, czyli utwory wymieszane, wypalone na jakiejś płycie z 5 lat temu.
Sprawdziłam właśnie kiedy dowiedziałam się o istnieniu takiego zespołu - w 2004 roku. Kawał czasu. I czytając swoje stare wpisy w pewnym miejscu widzę, że sporo tego słuchałam. Jak to możliwe, że zapomniałam o takiej muzyce??
Przecież nieczęsto trafia się taka piosenka jak "As quick as it comes/Carrera". Niepozornie niby się zaczynająca, potem napięcie ciągle rośnie. Emocjonalne wyżyny, błaganie by ta chwila trwała jak najdłużej i jednoczesne napięcie, że ten moment przemija razem z tą muzyką. Kończy się. Aż chce się zapłakać? Tak, zdarzyło mi się mocno wzruszyć podczas tych paru minut. Ale tylko gdy pozwoliłam sobie odpłynąć słuchając, może nie powinnam sie tak wczuwać. Lubię.
W głowie różne obrazy, nic sprecyzowanego, jakieś miejsca gdzie nie ma ludzi, a jest surowa przyroda, przestrzeń. Gdzie nikt nie przerwie rozmyślań, ani nie wkradnie się żaden niewłaściwy dźwięk.
Co poradzę, że pierwsza na myśl przychodzi mi Skandynawia? Stąd chyba moje zdziwienie, że Calla to nowojorczycy..
I dlaczego w tytule piosenki jest "carrera"? Różne takie rzeczy mnie interesują, a niewiele da się znaleźć.
Strona oficjalna lekko zakurzona, ostatnie koncerty sprzed dwóch lat, żadnych wieści o aktualnych...
A przed snem Clan of Xymox "Skindeep":
All I see
When everyone has gone to sleep
And dream of days that used to be
It’s no way near to the life we lead
Where things are cruel and all skindeep
where no one cares for what you seek
where things are all skindeep
Inside you
Lies truth and all you hide too deep
So no one knows you
So no one knows you
So no one knows you
nie wiem czy to zadziała:

Jakiejkolwiek szukam piosenki, to zawsze pojawia się opcja umieszczenia jej jako dzwonka w komórce. W wielu przypadkach to po prostu profanacja..
Trzy. I każda jest niby ostatnia sztuką, a ceny wcale nie okazyjne.
Na razie słucham to co mam, czyli utwory wymieszane, wypalone na jakiejś płycie z 5 lat temu.
Sprawdziłam właśnie kiedy dowiedziałam się o istnieniu takiego zespołu - w 2004 roku. Kawał czasu. I czytając swoje stare wpisy w pewnym miejscu widzę, że sporo tego słuchałam. Jak to możliwe, że zapomniałam o takiej muzyce??
Przecież nieczęsto trafia się taka piosenka jak "As quick as it comes/Carrera". Niepozornie niby się zaczynająca, potem napięcie ciągle rośnie. Emocjonalne wyżyny, błaganie by ta chwila trwała jak najdłużej i jednoczesne napięcie, że ten moment przemija razem z tą muzyką. Kończy się. Aż chce się zapłakać? Tak, zdarzyło mi się mocno wzruszyć podczas tych paru minut. Ale tylko gdy pozwoliłam sobie odpłynąć słuchając, może nie powinnam sie tak wczuwać. Lubię.
W głowie różne obrazy, nic sprecyzowanego, jakieś miejsca gdzie nie ma ludzi, a jest surowa przyroda, przestrzeń. Gdzie nikt nie przerwie rozmyślań, ani nie wkradnie się żaden niewłaściwy dźwięk.
Co poradzę, że pierwsza na myśl przychodzi mi Skandynawia? Stąd chyba moje zdziwienie, że Calla to nowojorczycy..
I dlaczego w tytule piosenki jest "carrera"? Różne takie rzeczy mnie interesują, a niewiele da się znaleźć.
Strona oficjalna lekko zakurzona, ostatnie koncerty sprzed dwóch lat, żadnych wieści o aktualnych...
A przed snem Clan of Xymox "Skindeep":
All I see
When everyone has gone to sleep
And dream of days that used to be
It’s no way near to the life we lead
Where things are cruel and all skindeep
where no one cares for what you seek
where things are all skindeep
Inside you
Lies truth and all you hide too deep
So no one knows you
So no one knows you
So no one knows you
nie wiem czy to zadziała:

Jakiejkolwiek szukam piosenki, to zawsze pojawia się opcja umieszczenia jej jako dzwonka w komórce. W wielu przypadkach to po prostu profanacja..
I po bólu
Ileż emocji podczas dzisiejszego meczu. Trudno było powstrzymać komentarze na temat poczynań Reiny jak i nie pomyśleć sobie tego i owego o Benitezie.
Niestety Liverpool powinien się rozejrzeć za jakimś innym bramkarzem.
Mecz z tych w których dużo się dzieje, wiadomo dwa angielskie kluby, nie ma pozorowania gry.
Oczywiście byłam przekonana, że Liverpool dziś wygra odpowiednią ilością bramek i Chelsea będzie out. Potem już czekałam na sytuację dającą szansę na dogrywkę, ale szybko przestraszyłam się tej myśli: za dogrywką pojawiają się karne. Biedny Reina mógłby ten dzień zakończyć jeszcze gorzej...
Zawsze mnie dziwiło, że na takich meczach ktoś dobrowolnie chce siedzieć w takiej loży za szybą. Przecież to musi zmniejszać doznania, równie dobrze można zostać w domu i mecz obejrzeć siedząc na własnej kanapie:-)
Byłam na różnych stadionach, na różnych wydarzeniach i nawet jak wiało, padało to nie przeszkadzało to w odbiorze, liczyły się głównie emocje a nie wygoda.
Od warunków atmosferycznych bardziej przeszkadzają mi czasem ludzie.
Dostałam na ból głowy mocny lek, co powiedzieć - wzięłam z przyjemnością. Od rana się męczyłam i pomimo tego, że teraz nie jest idealnie to i tak o niebo lepiej niż w ciągu dnia. Dziś coś musi być w powietrzy, bo wiele osób narzekało na samopoczucie.
Włożyłam wieczorem do odtwarzacza w komputerze starą płytę z mp3-kami. Głównie Clan of Xymox, z różnych płyt, totalnie wymieszane. Dawno nie słuchałam tego zestawu, bo zbyt melancholijnie mnie nastawiał. Dziś jednak z przyjemnością słuchałam.
Pojawiają się tam też płyty zespołów Lycia i Calla, Sigur Ros.
Calla - dlaczego jeszcze nie kupiłam żadnej ich płyty?? Muszę to koniecznie naprawić, po prostu coś co mi się podobało spodobało mi się teraz znacznie bardziej.
Co ciekawe, poszukałam ich na MySpace, owszem pojawia się jakaś Calla, z Nowego Jorku. Myślę sobie, że to jakaś pomyłka. Sprawdzam w innych miejscach i zawsze wychodzi, że to Amerykanie. Bardzo, ale to bardzo mnie to zaskoczyło. Zawsze byłam pewna, że to ludzie ze Skandynawii, bo przecież Amerykanie nie tworzą takiej muzyki:-)Wielka niespodzianka.
Niestety Liverpool powinien się rozejrzeć za jakimś innym bramkarzem.
Mecz z tych w których dużo się dzieje, wiadomo dwa angielskie kluby, nie ma pozorowania gry.
Oczywiście byłam przekonana, że Liverpool dziś wygra odpowiednią ilością bramek i Chelsea będzie out. Potem już czekałam na sytuację dającą szansę na dogrywkę, ale szybko przestraszyłam się tej myśli: za dogrywką pojawiają się karne. Biedny Reina mógłby ten dzień zakończyć jeszcze gorzej...
Zawsze mnie dziwiło, że na takich meczach ktoś dobrowolnie chce siedzieć w takiej loży za szybą. Przecież to musi zmniejszać doznania, równie dobrze można zostać w domu i mecz obejrzeć siedząc na własnej kanapie:-)
Byłam na różnych stadionach, na różnych wydarzeniach i nawet jak wiało, padało to nie przeszkadzało to w odbiorze, liczyły się głównie emocje a nie wygoda.
Od warunków atmosferycznych bardziej przeszkadzają mi czasem ludzie.
Dostałam na ból głowy mocny lek, co powiedzieć - wzięłam z przyjemnością. Od rana się męczyłam i pomimo tego, że teraz nie jest idealnie to i tak o niebo lepiej niż w ciągu dnia. Dziś coś musi być w powietrzy, bo wiele osób narzekało na samopoczucie.
Włożyłam wieczorem do odtwarzacza w komputerze starą płytę z mp3-kami. Głównie Clan of Xymox, z różnych płyt, totalnie wymieszane. Dawno nie słuchałam tego zestawu, bo zbyt melancholijnie mnie nastawiał. Dziś jednak z przyjemnością słuchałam.
Pojawiają się tam też płyty zespołów Lycia i Calla, Sigur Ros.
Calla - dlaczego jeszcze nie kupiłam żadnej ich płyty?? Muszę to koniecznie naprawić, po prostu coś co mi się podobało spodobało mi się teraz znacznie bardziej.
Co ciekawe, poszukałam ich na MySpace, owszem pojawia się jakaś Calla, z Nowego Jorku. Myślę sobie, że to jakaś pomyłka. Sprawdzam w innych miejscach i zawsze wychodzi, że to Amerykanie. Bardzo, ale to bardzo mnie to zaskoczyło. Zawsze byłam pewna, że to ludzie ze Skandynawii, bo przecież Amerykanie nie tworzą takiej muzyki:-)Wielka niespodzianka.
Od książki do filmu
Książka pełna udanych zdań.
W zasadzie to z czegóż innego miałaby się składać dobra książka:-)
Ale to jeden z wielu kryminałów Agaty Christie, czyli po prostu czytadło.
Zdecydowanie wolę historie z Poirotem od tych z panna Marple. Choć kupuję po prostu te tytuły których jeszcze nie mam.
Aktualnie czytam "Śmierć na Nilu" i całkiem zgrabna to historia.
"Tu gruba niewiasta ubrana na fioletowo promieniała z uciechy. Niewątpliwie tusza ma swoje dobre strony: daje w zamian radosna witalność, której nie posiadają osoby o modniejszych kształtach. Siedzący tu i ówdzie młodzieńcy sprawiali wrażenie osamotnionych lub znudzonych, a niektórzy wręcz nieszczęśliwych. Jakimż absurdem jest nazywać młodość okresem szczęścia, porą największej wrażliwości!"
Z tą młodością to coś jest na rzeczy, nie że nuda, ale te kompleksy, wydumane problemy, wyolbrzymianie do absurdalnych rozmiarów naprawdę nie wartych tego spraw. Ale skąd ma się wiedzieć, że to co naprawdę jest problematyczne dopiero przyjdzie?
Szkoda tylko, że kompleksy utrwalone w młodym wieku tak długo trzeba potem zwalczać.
Dziś sama sobie się dziwię jakimi bzdurami się przejmowałam. Żal mi wielu rzeczy których nie zrobiłam właśnie przez to, że nie wierzyłam że mogłyby zakończyć się sukcesem.
A radosna witalność - taa cieszę się, że tej wiosny wszystko robi mi się za luźne i mogę kupić sobie coś nowego:-)
-Naprawdę lubisz Majorkę, mamo?
-No cóż. Jest tam tanio - odrzekła pani Allerton.
-I zimno - dorzucił Tim wstrząsając sie lekko.
____
Przerwałam pisanie, minął jakiś czas, książka przeczytana. Aż mi szkoda było ją kończyć, bo lubię gdy akcja jest prowadzona w ten sposób, że stopniowo wyklucza się podejrzanych.
Cieszy mnie to, że jeszcze wiele kryminałów A.Christie nie czytałam i jest to jeszcze przede mną. Aktualnie posiadam około dwunastu, mało. Przez jakiś czas kojarzyły mi się dość smutno, ale podeszłam do tego trochę od innej strony i znów będę je zamawiać.
Wyobrażałam sobie jakie inne było kiedyś podróżowanie. Taka wycieczka do Egiptu - zabytki w lepszej kondycji, tłumów brak, bezpieczeństwo zdecydowanie lepsze..
Czasy faraonów mnie nieźle fascynowały i kiedyś bardzo chciałam zobaczyć na własne oczy piramidy, Sfinksa itd, obecnie nawet o tym nie myślę. Nie wiem czy chciałabym oglądać to wszystko nie czując się bezpiecznie, to chyba najważniejszy powód na "nie".
Jest też tak, że inne miejsca mnie bardziej interesują i pociągają.
Niektóre są tak blisko, ale pomimo to niedostępne.
Przeczytałam w paru miejscach, że komedia polska "Nie kłam kochanie" jest dość udana. Miała się pojawić w okresie świątecznym na itvn. Zapomniałam jednak w jakim konkretnym dniu i dziś obejrzałam ją od jakiejś połowy:-). Domyśliłam się, że główni bohaterowie okłamywali się dla osiągnięcia jakichś własnych korzyści. Słabizna, te kłamstwa też, bo szybko wszystko sobie wybaczano i głównie skupiłam się na podziwianiu krakowskiego mieszkania głównego bohatera męskiego niż akcji. A ta akcja jakoś szczególnie wciągająca nie była.
Za to całkiem przypadkowo obejrzałam film "Korowód".
Tam były konkretne kłamstwa, ktoś większość dorosłego życia musiał się gryźć z tym, że okłamywał bliskie osoby. Czuje się bohater grany przez A. Frycza zmuszony do ucieczki - przeszłość go dopadła, nie potrafi stawić jej czoła. Nie wie jak wyprostować wszystko i to tak by te osoby które kocha nie cierpiały, ba by nie poczuły się oszukane.
Wydaje mi się, że niezależnie jakby próbował, to one poczują pewien żal, rozczarowanie, może i złość. Jak to zostanie rozwiązane nie wiemy, film tak się kończy że można samemu kombinować.
W filmie inny wątek zostaje rozwiązany. Chłopak(Bartek) kłamie praktycznie ciągle i w każdej sprawie, mam wrażenie, że robi to nawet gdy nie musi. Przypadek sprawia, że poznaje historię Zdzisława(A.Frycz). To zaczyna wpływać na jego postępowanie. I oczywiście nowo poznana dziewczyna.
Był w filmie taki motyw, że Bartek dostaje jasny komunikat: zakończ swój obecny związek skoro nie jesteś w nim szczęśliwy, to pogadamy o nas. Czyli nie ma nas póki jesteście wy.
Przyznam, że nie wierzyłam, że on to zrobi. Mężczyźni których znam tkwią w swoich nieudanych związkach, bo "się przyzwyczaili", z pewnej wygody(to brzmi absurdalnie), czekają aż partnerka zakończy, boją się ryzyka. Albo kombinują.
A tu jest trochę tchórzostwa, wahanie, ale i jakaś męska decyzja.
Taki Bartek pomimo poważnych wad może być interesujący, taki typ drania któremu łatwo się wybacza i łatwo jego urok osobisty może zadziałać.
W filmie pojawiły się też Bieszczady, to bardzo mile mnie zaskoczyło
Dopiero dziś przeczytałam jakieś opinie na temat tego filmu, cieszę się że ich wcześniej nie znałam:-)
Zawsze staram się nie sugerować opiniami krytyków co bywa czasem bardzo trudne. Gdy jakiś film, książka, płyta są promowane, to ciężko tych o[inii nie zauważać. Wolę gdy ktoś mi coś poleci, łatwiej mi zaufać, choć wiadomo, niekoniecznie dwóm osobom tak samo jakiś film czy książka będą się tak samo podobać. Największe moje rozczarowania to jednak książki wybierane na podstawie recenzji, opinii osób całkowicie obcych.
W zasadzie to z czegóż innego miałaby się składać dobra książka:-)
Ale to jeden z wielu kryminałów Agaty Christie, czyli po prostu czytadło.
Zdecydowanie wolę historie z Poirotem od tych z panna Marple. Choć kupuję po prostu te tytuły których jeszcze nie mam.
Aktualnie czytam "Śmierć na Nilu" i całkiem zgrabna to historia.
"Tu gruba niewiasta ubrana na fioletowo promieniała z uciechy. Niewątpliwie tusza ma swoje dobre strony: daje w zamian radosna witalność, której nie posiadają osoby o modniejszych kształtach. Siedzący tu i ówdzie młodzieńcy sprawiali wrażenie osamotnionych lub znudzonych, a niektórzy wręcz nieszczęśliwych. Jakimż absurdem jest nazywać młodość okresem szczęścia, porą największej wrażliwości!"
Z tą młodością to coś jest na rzeczy, nie że nuda, ale te kompleksy, wydumane problemy, wyolbrzymianie do absurdalnych rozmiarów naprawdę nie wartych tego spraw. Ale skąd ma się wiedzieć, że to co naprawdę jest problematyczne dopiero przyjdzie?
Szkoda tylko, że kompleksy utrwalone w młodym wieku tak długo trzeba potem zwalczać.
Dziś sama sobie się dziwię jakimi bzdurami się przejmowałam. Żal mi wielu rzeczy których nie zrobiłam właśnie przez to, że nie wierzyłam że mogłyby zakończyć się sukcesem.
A radosna witalność - taa cieszę się, że tej wiosny wszystko robi mi się za luźne i mogę kupić sobie coś nowego:-)
-Naprawdę lubisz Majorkę, mamo?
-No cóż. Jest tam tanio - odrzekła pani Allerton.
-I zimno - dorzucił Tim wstrząsając sie lekko.
____
Przerwałam pisanie, minął jakiś czas, książka przeczytana. Aż mi szkoda było ją kończyć, bo lubię gdy akcja jest prowadzona w ten sposób, że stopniowo wyklucza się podejrzanych.
Cieszy mnie to, że jeszcze wiele kryminałów A.Christie nie czytałam i jest to jeszcze przede mną. Aktualnie posiadam około dwunastu, mało. Przez jakiś czas kojarzyły mi się dość smutno, ale podeszłam do tego trochę od innej strony i znów będę je zamawiać.
Wyobrażałam sobie jakie inne było kiedyś podróżowanie. Taka wycieczka do Egiptu - zabytki w lepszej kondycji, tłumów brak, bezpieczeństwo zdecydowanie lepsze..
Czasy faraonów mnie nieźle fascynowały i kiedyś bardzo chciałam zobaczyć na własne oczy piramidy, Sfinksa itd, obecnie nawet o tym nie myślę. Nie wiem czy chciałabym oglądać to wszystko nie czując się bezpiecznie, to chyba najważniejszy powód na "nie".
Jest też tak, że inne miejsca mnie bardziej interesują i pociągają.
Niektóre są tak blisko, ale pomimo to niedostępne.
Przeczytałam w paru miejscach, że komedia polska "Nie kłam kochanie" jest dość udana. Miała się pojawić w okresie świątecznym na itvn. Zapomniałam jednak w jakim konkretnym dniu i dziś obejrzałam ją od jakiejś połowy:-). Domyśliłam się, że główni bohaterowie okłamywali się dla osiągnięcia jakichś własnych korzyści. Słabizna, te kłamstwa też, bo szybko wszystko sobie wybaczano i głównie skupiłam się na podziwianiu krakowskiego mieszkania głównego bohatera męskiego niż akcji. A ta akcja jakoś szczególnie wciągająca nie była.
Za to całkiem przypadkowo obejrzałam film "Korowód".
Tam były konkretne kłamstwa, ktoś większość dorosłego życia musiał się gryźć z tym, że okłamywał bliskie osoby. Czuje się bohater grany przez A. Frycza zmuszony do ucieczki - przeszłość go dopadła, nie potrafi stawić jej czoła. Nie wie jak wyprostować wszystko i to tak by te osoby które kocha nie cierpiały, ba by nie poczuły się oszukane.
Wydaje mi się, że niezależnie jakby próbował, to one poczują pewien żal, rozczarowanie, może i złość. Jak to zostanie rozwiązane nie wiemy, film tak się kończy że można samemu kombinować.
W filmie inny wątek zostaje rozwiązany. Chłopak(Bartek) kłamie praktycznie ciągle i w każdej sprawie, mam wrażenie, że robi to nawet gdy nie musi. Przypadek sprawia, że poznaje historię Zdzisława(A.Frycz). To zaczyna wpływać na jego postępowanie. I oczywiście nowo poznana dziewczyna.
Był w filmie taki motyw, że Bartek dostaje jasny komunikat: zakończ swój obecny związek skoro nie jesteś w nim szczęśliwy, to pogadamy o nas. Czyli nie ma nas póki jesteście wy.
Przyznam, że nie wierzyłam, że on to zrobi. Mężczyźni których znam tkwią w swoich nieudanych związkach, bo "się przyzwyczaili", z pewnej wygody(to brzmi absurdalnie), czekają aż partnerka zakończy, boją się ryzyka. Albo kombinują.
A tu jest trochę tchórzostwa, wahanie, ale i jakaś męska decyzja.
Taki Bartek pomimo poważnych wad może być interesujący, taki typ drania któremu łatwo się wybacza i łatwo jego urok osobisty może zadziałać.
W filmie pojawiły się też Bieszczady, to bardzo mile mnie zaskoczyło
Dopiero dziś przeczytałam jakieś opinie na temat tego filmu, cieszę się że ich wcześniej nie znałam:-)
Zawsze staram się nie sugerować opiniami krytyków co bywa czasem bardzo trudne. Gdy jakiś film, książka, płyta są promowane, to ciężko tych o[inii nie zauważać. Wolę gdy ktoś mi coś poleci, łatwiej mi zaufać, choć wiadomo, niekoniecznie dwóm osobom tak samo jakiś film czy książka będą się tak samo podobać. Największe moje rozczarowania to jednak książki wybierane na podstawie recenzji, opinii osób całkowicie obcych.
Twin Peaks
subtelnie..prawie niewinnie
trudno uwierzyć, że minęło tyle lat.
nie mogę patrzeć na pojawiające się tu i ówdzie obecne zdjęcia Lary Flynn Boyle, czyli serialowej Donny. nigdy chyba jej nie widziałam w innej roli niż Donny. teraz ma cudzą twarz.
nie mogę pojąć jak z Agenta Coopera można było zrobić męża-ciapę:-(((
scenarzysta "Desperate Housewives" otrzymuje naganę.
czy czas mógłby zatrzymać się na chwilę? czasem.
trudno uwierzyć, że minęło tyle lat.
nie mogę patrzeć na pojawiające się tu i ówdzie obecne zdjęcia Lary Flynn Boyle, czyli serialowej Donny. nigdy chyba jej nie widziałam w innej roli niż Donny. teraz ma cudzą twarz.
nie mogę pojąć jak z Agenta Coopera można było zrobić męża-ciapę:-(((
scenarzysta "Desperate Housewives" otrzymuje naganę.
czy czas mógłby zatrzymać się na chwilę? czasem.
Oko proroka
http://www.okoproroka.pl/oko_proroka.php
Całe życie człowiek ma różne talizmany, rzeczy, które uważa za przynoszące mu szczęście.
Też takie miałam i mam, zmieniają się w zależności od wieku i okoliczności:-)
Czasem myślę, że to po prostu jakieś przyzwyczajenie. Na przykład pierścionek. Noszę tylko jeden, srebrny z bursztynem. I od jakichś ośmiu, dziewięciu lat nic innego. A wcześniej chyba tylko na kciukach nie miałam pierścionków:-)
Nie oznacza to, że mi się nie podobają jakieś, podobają, mierzę i brak zdecydowania co dalej.
Nigdy się nie zastanawiam czy mój pierścionek pasuje do tzw. reszty czy też nie, jest on elementem stałym. Nie traktuję go jednak jako rzecz przynoszącą szczęście. Tak naprawdę to mam dość sceptyczny stosunek do takich spraw. Wierzę w zbiegi okoliczności, ale nie w to, że kamyk, sweter czy konkretne buty przyniosły mi szczęście.
Pewne rzeczy mogą sprawiać, że wygodnie się czuję, pewniej, ale nie są odpowiedzialne za jakieś tam wydarzenia.
Jakieś drobiazgi mają dla mnie znaczenie ze względu na to od kogo je dostałam, z kim mi się kojarzą, o czym mi przypominają.
Dlatego gromadzę pamiątki:-)
Żal mi tylko tego, że przez te wszystkie przeprowadzki część rzeczy uległa zniszczeniu albo też wydawała mi się niepotrzebna, albo że czasem za bardzo się przyłożyłam do porządków.
To oko proroka dostałam z dobrego serca, kupione z myślą o mnie, nie jest więc tylko pamiątką przywiezioną z dalekiego miejsca.
Kryminalnie
Pojawiła się nowa książka Marka Krajewskiego. Niestety napisał ją razem z Mariuszem Czubajem.
Pierwsza ich wspólna historia kryminalna traktująca o komisarzu Paterze jeszcze nie była najgorsza. Owszem, do Mocka to mu (Paterowi) daleko, ale czytać się dało bez irytacji.
"Róże cmentarne" mnie dość porządnie rozczarowały. To taka sobie historyjka kryminalna, dobra może na scenariusz "07 zgłoś się", ale gdzie jej do książek napisanych samodzielnie przez Krajewskiego.
Bardzo lubię jego historie o Breslau i Mocku. Miasto tam też jest pełnoprawnym bohaterem wydarzeń. Mock, nie wzbudzający sympatii, niby odpychający ale postać wyrazista. Wszystkie opisy bardzo staranne, plastyczne, czytałam z zainteresowaniem, trudno było mi się oderwać od książki.
"Róże cmentarne" - książka teoretycznie ma wszystko co potrzeba kryminałowi, ale też w żaden sposób się nie wyróżnia spośród innych.
Główny bohater, Jarosław Pater, to taka trochę oferma życiowa. Niby inteligentny, błyskotliwy a jakoś nie wzbudza mojej sympatii, nie "kibicuję" mu. Przyznam szczerze, że przeczytałam tę książkę do końca, bo jest dość krótka i nie zajęło mi to za dużo czasu. Ale intryga nie wydawała mi się jakaś szczególnie interesująca.
Oddzielny temat to relacje damsko-męskie w tej książce, śmieszne, po prostu śmieszne..
Mam jeszcze książkę którą M.Czubaj napisał sam, w tej chwili nie planuję jej czytać, trudno mi uwierzyć, że może być dobra:-)
Nadal jednak czekam na książki Marka Krajewskiego.
Wcześniej przeczytałam też zachwalaną wszędzie, naprawdę wszędzie powieść Stiega Larssona "Mężczyźni którzy nienawidzą kobiet".
Dwa dni mi zajęło jej przeczytanie, a ma ona swoją objętość:-)
Trafiło na bezsenne noce i trochę wolnego czasu. Na początku trochę denerwowało mnie tłumaczenie. Nie lubię gdy np. FBI tłumaczy się na CBŚ, jakieś szwedzkie instytucje rządowe, policyjne dostały polskie nazwy, bezsensu. Tak samo trudno mi uwierzyć, że Szwed używa zwrotu "wsio rawno". Wolę gdy takie rzeczy pozostają bez tłumaczenia niż gdy tłumacz dorzuca od siebie:-).
Potem starałam się już nie zwracać uwagi na te drobiazgi, aby sobie nie psuć przyjemności wgłębiania się w losy bohaterów. Najlepsza postać tej książki to na pewno Lisbeth Salander. Autor tylko trochę o niej opowiedział, jej przeszłość nie jest jasna. Domyślam się, że w kolejnych dwóch tomach przedstawi Lisbeth czytelnikom do końca. To wg mnie dobry pomysł.
Opisana w "Mężczyźni którzy nienawidzą kobiet" historia jest wciągająca, nużące może być nieco drzewo geneologiczne rodziny Vangerów, ale da sie przez to przejść:-).
Kolejna część Millenium ma się niebawem ukazać w Polsce, ostatnia przewidziana jest jesień.
Nie mogłam nie porównać Larssona z Mankellem.
Gdy czytałam recenzje dotyczące książki Larssona wiele razy pojawiało się tam stwierdzenie, iż "lepsze od powieści o Wallanderze".
Ja mam inne zdanie. Powiedzialabym, że to ten sam poziom, wysoki. Książki Mankella o Wallanderze są nierówne. Te pierwsze są słabsze, choć zdecydowanie warto je przeczytać i nie jest to czas stracony. Widać jednak, że z każdą kolejną książką Mankell się rozwija.
Na przykład "Piąta kobieta" bardziej mi się podoba niż "Mężczyźni którzy nienawidzą kobiet".
W zasadzie trudno abym napisała, że "Róże cmentarne" to udana książka- czytałam ją zaraz po
Larssonie..
Pierwsza ich wspólna historia kryminalna traktująca o komisarzu Paterze jeszcze nie była najgorsza. Owszem, do Mocka to mu (Paterowi) daleko, ale czytać się dało bez irytacji.
"Róże cmentarne" mnie dość porządnie rozczarowały. To taka sobie historyjka kryminalna, dobra może na scenariusz "07 zgłoś się", ale gdzie jej do książek napisanych samodzielnie przez Krajewskiego.
Bardzo lubię jego historie o Breslau i Mocku. Miasto tam też jest pełnoprawnym bohaterem wydarzeń. Mock, nie wzbudzający sympatii, niby odpychający ale postać wyrazista. Wszystkie opisy bardzo staranne, plastyczne, czytałam z zainteresowaniem, trudno było mi się oderwać od książki.
"Róże cmentarne" - książka teoretycznie ma wszystko co potrzeba kryminałowi, ale też w żaden sposób się nie wyróżnia spośród innych.
Główny bohater, Jarosław Pater, to taka trochę oferma życiowa. Niby inteligentny, błyskotliwy a jakoś nie wzbudza mojej sympatii, nie "kibicuję" mu. Przyznam szczerze, że przeczytałam tę książkę do końca, bo jest dość krótka i nie zajęło mi to za dużo czasu. Ale intryga nie wydawała mi się jakaś szczególnie interesująca.
Oddzielny temat to relacje damsko-męskie w tej książce, śmieszne, po prostu śmieszne..
Mam jeszcze książkę którą M.Czubaj napisał sam, w tej chwili nie planuję jej czytać, trudno mi uwierzyć, że może być dobra:-)
Nadal jednak czekam na książki Marka Krajewskiego.
Wcześniej przeczytałam też zachwalaną wszędzie, naprawdę wszędzie powieść Stiega Larssona "Mężczyźni którzy nienawidzą kobiet".
Dwa dni mi zajęło jej przeczytanie, a ma ona swoją objętość:-)
Trafiło na bezsenne noce i trochę wolnego czasu. Na początku trochę denerwowało mnie tłumaczenie. Nie lubię gdy np. FBI tłumaczy się na CBŚ, jakieś szwedzkie instytucje rządowe, policyjne dostały polskie nazwy, bezsensu. Tak samo trudno mi uwierzyć, że Szwed używa zwrotu "wsio rawno". Wolę gdy takie rzeczy pozostają bez tłumaczenia niż gdy tłumacz dorzuca od siebie:-).
Potem starałam się już nie zwracać uwagi na te drobiazgi, aby sobie nie psuć przyjemności wgłębiania się w losy bohaterów. Najlepsza postać tej książki to na pewno Lisbeth Salander. Autor tylko trochę o niej opowiedział, jej przeszłość nie jest jasna. Domyślam się, że w kolejnych dwóch tomach przedstawi Lisbeth czytelnikom do końca. To wg mnie dobry pomysł.
Opisana w "Mężczyźni którzy nienawidzą kobiet" historia jest wciągająca, nużące może być nieco drzewo geneologiczne rodziny Vangerów, ale da sie przez to przejść:-).
Kolejna część Millenium ma się niebawem ukazać w Polsce, ostatnia przewidziana jest jesień.
Nie mogłam nie porównać Larssona z Mankellem.
Gdy czytałam recenzje dotyczące książki Larssona wiele razy pojawiało się tam stwierdzenie, iż "lepsze od powieści o Wallanderze".
Ja mam inne zdanie. Powiedzialabym, że to ten sam poziom, wysoki. Książki Mankella o Wallanderze są nierówne. Te pierwsze są słabsze, choć zdecydowanie warto je przeczytać i nie jest to czas stracony. Widać jednak, że z każdą kolejną książką Mankell się rozwija.
Na przykład "Piąta kobieta" bardziej mi się podoba niż "Mężczyźni którzy nienawidzą kobiet".
W zasadzie trudno abym napisała, że "Róże cmentarne" to udana książka- czytałam ją zaraz po
Larssonie..
Subskrybuj:
Posty (Atom)

